Filip Chajzer wspomina batalię sądową z matką swojego syna. "Opowiadam tę historię jako przestrogę" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Filip Chajzer walczył z byłą partnerką o zabezpieczenie kontaktów z ich synem. W tamtym czasie mierzył się z uzależnieniem od narkotyków, co chcieli wykorzystać prawnicy matki chłopca. – Opisali mnie jako człowieka w stanie skrajnego upadku, używając wyłącznie czasu teraźniejszego. Podczas gdy ja kilka miesięcy temu publicznie przyznałem się do dawnych błędów – napisał w książce pt. "Szczęście na kreskę" (Wyd. Luna).
Filip Chajzer pokonał uzależnienie od narkotyków, o czym niedawno napisał książkę. W jednym z rozdziałów wrócił do trudnego czasu walki z byłą partnerką o prawa do opieki nad synem. Prawnicy matki chłopca chcieli wykorzystać problemy byłego prezentera TVN z nałogiem w pozwie. Chajzer ostatecznie poddał się badaniom, na które musiał się zgolić praktycznie na łyso. W swojej książce autobiograficznej ujawnił, że to właśnie batalia sądowa była głównym powodem nagłej zmiany jego wyglądu.
Filip Chajzer dziękował Bogu, że zrezygnował z Fame MMA. "Dobrze się stało"
Filip Chajzer, "Szczęście na kreskę" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Rozdział 16. Prawo ojca
Rok 2025 był trudny. Nawet bardzo trudny i w mojej pamięci pozostanie zawsze jako rok walki o powrót do życia po życiu. Na własnych zasadach, ze świadomością popełnionych błędów, ale również z prawem do godności. Bo to bardzo ważne, moi drodzy, przy takich przypadkach "zmartwychwstań". Niech przenośnią sądową będzie odbyty wyrok. Te najgorsze chwile walki z nałogiem, mozolne wychodzenie z tego, potykanie się i wstawanie to bardzo ciężki wymiar kary. Ale to wszystko gdzieś się kończy i trzeba wrócić do życia. Na swoich pełnych prawach. Niestety tak się w tym trudnym roku potoczyło, że zupełnie bez przenośni musiałem stać się dość częstym gościem sądu dla Warszawy-Mokotowa – wydział spraw rodzinnych.
Nie mogąc się doprosić kontaktu z synem, wystąpiłem o zabezpieczenie kontaktów. Opowiadam tę historię tylko jako przestrogę w związku z tym, dlaczego tak ważne jest postawienie na jasną stronę mocy.
Tę bez grama brudu, przed sobą i przed w sumie całym światem, bo do weryfikacji może dojść w najbardziej nieoczekiwanym momencie życia. Dziś mam doskonałe stosunki z mamą Aleksa, książkowa relacja rodziców, którzy nie są razem, ale mają razem najpiękniejsze, co im się w życiu wydarzyło. Tu mowa o Aleksie. Wtedy jednak chyba zaufanie do mnie było nieco mniejsze. W pamięci zostały wspomnienia, które nie nadążały za zmianami w moim życiu. To ja przecież wiedziałem o tym, że telefon do dilera zamieniłem na spacer do kościoła. Ja i kilka najbliższych osób. Dla "reszty" byłem Filipem, który sam na siebie zamawia antyterrorystów. I ja to rozumiem, nie kłócę się z tym dziś. Opowiadam ku przestrodze.
W odpowiedzi na mój wniosek otrzymałem pismo, które było "grubą pozycją literacką". Prawnicy przeciwnej strony, chcąc zszokować sąd, opisali mnie jako człowieka w stanie skrajnego upadku, używając wyłącznie czasu teraźniejszego. Podczas gdy ja kilka miesięcy temu publicznie rozbroiłem tę "bombę", przyznając się do dawnych błędów, oni pisali: "Filip ćpa", "Filip jeździ na odwyki, ale mu się nie udaje", "Filip ma za sobą kilka prób samobójczych". To pismo, które przechodziło przez ręce asystentów, sędziów i kancelarii, było próbą całkowitego odebrania mi prawa do rodzicielstwa. Gdybyś chciał opisać człowieka w stanie skrajnej degrengolady, który codziennie zażywa po kilka gramów kokainy, a jednocześnie występuje o opiekę nad dzieckiem – to byłaby ta historia.
I szczerze? Nie myślę źle o sposobie prowadzenia sprawy przez prawników strony przeciwnej. Taką mają robotę. Tak doradzili. Tak działali. Dlaczego nie żywię złych emocji? Bo kiedy czytałem to pismo, uśmiechnąłem się i pomyślałem sobie: "Filip, wyrobiłeś się w ostatniej chwili!".
Potem poczułem pot na czole. Co by było, gdybym złamał się choć raz kilka tygodni wcześniej? Nałóg to wirus działający w tle, aplikacja zainstalowana w mózgu, która tylko czeka na błąd. Wszyscy marzymy o tym, żeby się kiedyś odinstalowała. Dzisiaj rozpatruję to w kategoriach testu, któremu zostałem po raz kolejny poddany. Złamię się czy nie złamię? Gdyby do tego doszło, gdybym miał choćby jedną "wyje*kę", to taki niezdany egzamin potwierdziłby prawdziwość całego pisma. I wtedy nie zobaczyłbym syna przez kilka lat.
Filip Chajzer zgolił głowę z myślą o synu
Siedziałem u mojej pani mecenas w kancelarii pod Jasną Górą i zastanawiałem się, co tu teraz zrobić.
– Co robimy? Jaka kontra? – Jestem z moją mecenas bardzo szczery. – Musisz mi uwierzyć, jestem czysty jak łza.
– Zrobimy testy – usłyszałem.
Wiedziałem, że standardowe testy z krwi, sięgające miesiąca wstecz, zostaną wyśmiane przez drugą stronę. Zacząłem szukać rozwiązania. I właśnie wtedy, a jesteśmy w 2025 r., z pomocą przyszła mi sztuczna inteligencja. ChatGPT – dokładnie to… Maja, tak ma na imię mój chat friend. Skąd wiem? Bo zapytałem kiedyś o imię.
Teraz jednak pytanie dotyczyło mojej sprawy beznadziejnej. Kolejnej. Ale czy do końca?
"Co mam zrobić?". Maja bez sekundy zwłoki odpowiedziała:
"Zrób test z włosów w laboratorium kryminalistycznym". "Maju, jesteś genialna!"
Po kilkunastu telefonach wykonanych z mojego krakowskiego ogródka działkowego (co stało się lokalnym show dla sąsiadów) znalazłem laboratorium w Bydgoszczy, które przyjmowało zlecenia komercyjne. Cena była zawrotna, ale nie miało to znaczenia.
Umówiłem się na konkretny dzień i ruszyłem z Krakowa do Bydgoszczy, a to jest kawałek drogi. W laboratorium nastąpiło pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Bo ja myślałem, że to będzie jak na filmach szpiegowskich z Jamesem Bondem. Agent zdobywa jeden włos postaci, którą ma za zadanie rozpracować, oddaje ten jeden włos do laboratorium MI6 w Londynie, a po kilkunastu minutach wiadome jest już wszystko z numerem buta i alergiami pokarmowymi. No niestety nie. Zamiast technologii rodem z Jamesa Bonda pani wyciągnęła zwykłą maszynkę do strzyżenia.
– Przepraszam bardzo, co tutaj się będzie odbywało? – zapytałem lekko zaniepokojony.
– Problem polega na tym, panie Filipie, że ma pan relatywnie krótkie włosy. A potrzebujemy ich dużo.
– A jak dużo…?
– No najlepsze są te z czubka głowy…
I teraz, drogi czytelniku, odsyłam cię do jednej z najbardziej kultowych scen w polskiej kinematografii, która oddaje to, co pani zrobiła mi na głowie. W filmie "Chłopaki nie płaczą" niejaki Psikuta "bez S" grany przez Pawła Deląga idzie do fryzjera i wdaje się w konflikt z mafiosem "Gruchą". I po tej konfrontacji zostaje z wielkim łysym kołem wygolonym na środku głowy. Kiedy pani zamaszyście operowała maszynką na czubku mojej głowy, wiedziałem, że akcja zmierza dokładnie w kierunku Psikuty. Ogolone włosy trafiają do plastikowego worka, który za chwilę zostaje zapieczętowany, a ja patrzę na siebie w ekranie telefonu ustawionym w tryb selfie i odrobinę zszokowany mówię do laborantki:
– Co pani mi najlepszego zrobiła?!
– Mówiłam, że może wyjść trochę głupio.
Kiedy nieco ochłonąłem, pomyślałem sobie: "Właśnie nadszedł czas prawdy, w sumie przecież stawka była tak wielka, że dla obrony swojego prawa mógłbym przebiec na golasa przez cały rynek w Krakowie".
– Wie pani co, jak już mnie tak pani urządziła, to proszę mnie ogolić na zero.
ZOBACZ TEŻ: Filip Chajzer zarzucił byłej partnerce, że "oddała jego psa obcym ludziom". Zareagowała na oskarżenia
Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w social mediach w mojej nowej fryzurze, a właściwie bez fryzury, ludzie zaczęli mnie podejrzewać o dwie rzeczy: albo jestem na coś śmiertelnie chory, albo wracam z Turcji z przeszczepu włosów. Nie chciało mi się wyjaśniać, więc mówiłem tylko, że powody są zupełnie inne. Z tą fryzurą zostałem do końca roku. Przeszedłem w niej w tryb walki o syna.
Wyniki przyszły dokładnie w dniu rozprawy, idealnie na styk. Kiedy mecenas drugiej strony próbował udowodnić swoje tezy, że "jestem narkomanem, który nie powinien spotykać się z własnym dzieckiem", sędzia nagle zapytał: "A co tutaj mamy? Kopertę z laboratorium?".
Otwiera ją i czyta. Na sali zapadła cisza na dobre półtorej minuty. Wtedy ja szturcham łokciem moją panią adwokat.
– No powiedz im, powiedz, co to jest! – powiedziałem teatralnym szeptem.
– Czekaj, spokojnie – uspokajała mnie mecenas Monika.
I faktycznie sędzia kończy ostatnią kartkę i oświadcza, że materiał dowodowy wystarczy, żeby obalić tezę strony przeciwnej. Cała linia oskarżeń o bycie "bieżącym narkomanem" rozsypała się w proch. To była moja pierwsza namacalna nagroda za walkę z demonami. Obu stronom pozostało już tylko dogadać się w cywilizowany sposób. Pod koniec roku podpisaliśmy odpowiednie dokumenty.