Syn Janusza Rewińskiego opowiedział o zmarłym ojcu. "Był mistrzem MILCZENIA"
Janusz Rewiński w 2024 roku osierocił dwóch synów. Jeden z nich, Aleksander, udzielił obszernego wywiadu, w którym zdradził, jaki prywatnie był jego tata. – Ojciec nie mówił wiele. Nie był typem, który siada przy stole i tłumaczy życie przy pomidorowej – czytamy w książce pt. "Siara. I nic nie jest jasne" (Wyd. Otwarte).
Janusz Rewiński z Iwoną Biernacką miał dwóch synów, Jonasza i Aleksandra. Obaj raczej stronią od mediów i nie opowiadają za często o swoim zmarłym ojcu w wywiadach. Aleksander Rewiński niedawno zgodził się na osobistą rozmowę o tacie, która znalazła się w książce biograficznej pt. "Siara. I nic nie jest jasne" (premiera: 28 stycznia). W rozmowie z Beatą Biały bez ogródek opisał, jak wyglądały ich relacje.
TYLKO U NAS: Michał Wiśniewski o Danielu Martyniuku. "On chyba sobie zdaje sprawę, że nie może sobie poradzić z tym, kim jest jego tata"
Beata Biały: "Siara. I nic nie jest jasne. Biografia Janusza Rewińskiego" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Rozdział 17. Chłopaki nie płaczą
Janusz Rewiński, choć twardy jak dąb, miał w sobie coś z rzeźbiarza – cierpliwość do kształtowania, delikatność w działaniu, choć mało kto to dostrzegał. Czasem mówił niewiele, a czasem jego słowa były jak te, które ryje się w kamieniu – mocne, trwałe, zostające na zawsze. Pamiętał każdy moment, kiedy syn przychodził do niego z pytaniem, nie znając odpowiedzi na życie. Chłopak miał to w sobie – dziwną tęsknotę za prostymi prawdami, które zdawały się umykać w zamęcie świata. Ojciec nie miał gotowych recept. Raczej milczał, patrząc, jak syn walczy z problemem, by później zapytać: "A co ty byś zrobił, gdybyś był na moim miejscu?". To były nieoczywiste pytania, bo nie mówiły wprost, co robić. Zmuszały do myślenia, sprawiały, że odpowiedzi nie były szybkie, bo wymagały sięgnięcia głębiej – w siebie.
– Ojciec nie mówił wiele. Raczej robił. Nie był typem, który siada przy stole i tłumaczy życie przy pomidorowej – mówi Aleksander. – Raczej takim, który pokazuje, jak się przez to życie przechodzi: z narzędziem w ręku, z planem awaryjnym w kieszeni, z cichym przekonaniem, że "opcja B" to nie słabość, ale przezorność.
(…)
– Nie pomagał niczego załatwiać, nie wpychał na skróty, nie wyważał drzwi – mówi Aleksander. – Uczył, że trzeba samemu zbudować swoje imię. Z boku obserwował rozwój, doceniał talent, ale nie wyręczał. I była w tym jego cicha, godna miłość, taka, która nie tuliła, ale wierzyła. Nauczył jazdy na rowerze. Trzymał za kierownicę, ale tylko przez moment. A potem puścił. I wtedy nastąpiła eureka. Samodzielność. Ulotna chwila pionu, kiedy świat już nie przechyla się na boki, kiedy można jechać samemu. Podobnie było z nauką pływania, z deską, cierpliwie, krok po kroku. Nie był trenerem wymagającym, ale obecnym. Pomagał, wspierał, nie naciskał. Wierzył, że przyjdzie moment, kiedy deska przestanie być potrzebna. I rzeczywiście, przyszedł. Pamiętam też, jak uczył mnie recytować. Jak wsłuchiwał się w mój głos, poprawiał intonację, wybierał teksty, które "miały sens", jak mawiał, w moim wieku.
ZOBACZ TEŻ: Janusz Rewiński zrezygnował z kariery i zamieszkał na wsi. "Nie potrzebuję kontaktu z rodziną"
Gdy Aleksander zapragnął być aktorem, nie zachęcał, ale też nie zabraniał. Wiedział, jak trudna to droga. Ale jeśli już coś robił, chciał, by robił to dobrze. (…) Był wymagający, czasem niecierpliwy, zwłaszcza gdy świat wokół nie układał się po jego myśli. Gdy panował chaos, gdy pokój tonął w bałaganie, potrafił krzyknąć. Ale nie był surowy. Jego złość była jak nagłe spięcie obwodu – krótka, mocna, ale nie raniąca. Lubił porządek, przewidywalność, pewien rytm, być może dlatego tak bardzo kochał muzykę. Dom był jej pełen.
– Z domu wyniosłem coś więcej niż umiejętności, również wartości. Z dzieciństwa pamiętam też inne zdanie, które do dziś noszę w sobie: "Nie bierz wszystkiego, co ci dają". Z początku brzmiało to jak ostrzeżenie. Później zrozumiałem, to była lekcja godności. Że nie wszystko, co jest podane, jest dobre. Że trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć "nie" – mówi Aleksander.
Ganek był jego królestwem. Nie teatralnym, z tronem i publicznością. Raczej jak klasztorna cela dla człowieka znającego wartość samotności. Miejsce, gdzie nie trzeba nikomu nic udowadniać. Gdzie wszystko było na swoim miejscu. (...) Tam siadał. Z deską serów, z piwem, czasem z cygarem, które palił powoli, bez pośpiechu, jakby miał czas. I był. Bez potrzeby mówienia. Bez tłumaczenia się ze swojej obecności. Bez roszczeń i bez wstydu. Po prostu był. Czasem sam. Czasem z kimś. Z Krzyśkiem Piaseckim najczęściej, przyjacielem, z którym łączyła go nić nie do końca wypowiedzianego porozumienia. Przyjaźń niepotrzebująca narracji. Nie trzeba było tam mówić wiele. Kilka słów wystarczyło, resztę załatwiało milczenie. Prawdziwe, oswojone, współdzielone.
– Bo tata był mistrzem milczenia. Nie tego chłodnego, odcinającego, ale milczenia pełnego treści. Milczenia, które mówiło: "Jestem. Widzę cię. Słucham" – wspomina Aleksander Rewiński. Milczenia, które zostawiało przestrzeń na to, co niedopowiedziane. Które nie bało się pauzy. Które nie musiało być przerwane, żeby było ważne. Które potrafiło więcej niż tysiąc zdań. Ganek był jego sceną bez widowni. Azylem. Punktem ciężkości. Miejscem, gdzie nie obowiązywały żadne role, nawet wyuczone przez lata. Tam nie był Siarą. Nie był politykiem, satyrykiem, nie był ikoną. Był po prostu Januszem. Mężem. Ojcem. Przyjacielem. Mężczyzną, który zbudował swój świat z drewna, ciszy i obecności. Świat, gdzie wszystko miało swój czas i swoje miejsce. Świat, w którym nie trzeba było mówić, by zostać zrozumianym.
– Ganek był też dla nas, dzieci, czymś więcej niż miejscem. Był sposobem bycia razem – opowiada Aleksander.
– Kiedy wracałem z miasta, siadałem obok. Nie pytał, co słychać. Nie oczekiwał opowieści. Nie przerywał milczenia, ale też nie zamykał się w nim przed nami. Była w nim przestrzeń, jakby mówił: możesz mówić, możesz nie mówić, wszystko będzie dobrze. Pamiętam, że kiedyś zapytałem go o coś ważnego. Nie odpowiedział od razu. Zaciągnął się cygarem, spojrzał gdzieś w dal i powiedział tylko jedno zdanie. A ja wszystko zrozumiałem. Taki był. Nigdy nie prowadził nas za rękę. Ale był obok, kiedy szliśmy. I wiedzieliśmy, że gdy się potkniemy, nie będzie krzyczał. Nie będzie pouczał. Po prostu przysunie stołek bliżej. I poda ser. Tam, na tym ganku, uczyłem się, że obecność może być cicha. Że miłość nie zawsze ma gest. Że ojcostwo nie musi być wypowiedziane. I że czasem najważniejsze rzeczy przekazuje się przez to, czego się nie mówi.
Cygaro było jego symbolem. Rytuałem. Wstępem do stanu skupienia. Miał w sobie wtedy coś z rytualisty, który nie zacznie, dopóki wszystko nie będzie na swoim miejscu. Siadał powoli, jakby sprawdzał, czy ziemia pod nogami nadal jest jego.
– Wyjmował cygaro z drewnianej skrzyneczki, nie z pudełka, nigdy z byle czego, przycinał je z precyzją, której nie uczy się z internetu, tylko z lat – wspomina Aleksander. – Mówił, że nie wkłada się cygara do popielniczki jak papierosa, bo to nie jest śmieć, tylko gest. Że trzeba mu pozwolić płonąć, nie spłonąć. Że nie chodzi o nikotynę, chodzi o rytm. O spokój. O godność chwili. O estetykę mężczyzny, który nie musi niczego udowadniać.