Filip Chajzer przeżył próbę samobójczą. "Do teraz zbiera mi się na wymioty" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Filip Chajzer ma za sobą próby samobójcze, a jedną z nich szczegółowo opisał w swojej książce autobiograficznej. Ujawnił, że przed śmiercią "uratowało" go zerwanie się paska ze szlafroka. – Nagle też na ułamek sekundy zrobiło się zupełnie jasno jak w słoneczny dzień. Całe zdarzenie trwało jakieś trzy minuty. Nie dłużej – opisał w "Szczęściu na kreskę" (Wyd. Luna).
Filip Chajzer pokonał uzależnienie od narkotyków, a walkę z nałogiem opisał w swojej drugiej książce autobiograficznej. Na kilku stronach "Szczęścia na kreskę" wrócił wspomnieniami do dramatycznych chwil, kiedy chciał odebrać sobie życie. Chcąc przestrzec czytelników przed podobną tragedią, opisał próbę samobójczą, którą kiedyś podjął, ale udało mu się przeżyć.
Filip Chajzer nie miał litości dla śniadaniowek. "Nie różnią się one niczym"
Filip Chajzer, "Szczęście na kreskę" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Rozdział 7. Śmierć
(...)
Moją zadumę przy oknie szpitalnej sali przerwał pielęgniarz, który na pograniczu rutyny i jednak delikatnego skrępowania powiedział, że niestety, ale musi przeszukać moje rzeczy. No tak, pomyślałem, takie są zasady gry.
– Muszę sprawdzić, czy nie ma pan tu jakichś dłuższych przewodów od ładowarek czy paska od szlafroka.
Na miłość boską, czego? Nie znam statystyk i pewnie one nawet nie istnieją, ale zrozumiałem, że śmierć, jaką w amoku sam wybrałem dla siebie za drugim i, przyrzekam, ostatnim razem, miała dokonać się właśnie za pomocą paska od szlafroka. Okazuje się zatem, że wcale nie jestem oryginalny, a wręcz przewidywalny i nie miałem w tej kluczowej dla życia chwili ani grama awangardy.
(...)
Posłuchaj mnie uważnie – pisanie o tym jest mega ch*jowe, musisz mi wierzyć, ale to wydarzenie zrobiło na mnie gigantyczne wrażenie i właśnie wtedy dotarło do mnie, że gdybym dostał do rąk książkę, którą teraz piszę, to być może ocknąłbym się trochę wcześniej.
Piszę tę książkę głównie przez to konkretne wydarzenie, bo jeśli żyję, to po coś. Jeśli to piszę i mam możliwość wydania tej książki oraz szerokiego dotarcia do czytelników, co jest skutkiem mojej dotychczasowej pracy w mediach, to to zrobię. Obojętnie, co o mnie powiedzą, napiszą i jak obrzucą znowu błotem. Mimo wszystko uważam, że warto, bo serio nie chcesz w swojej ponarkotykowej paranoi dojść do miejsca, w którym znalazłem się tej nocy w moim domu na warszawskiej Sadybie.
Dziś, myśląc o tym, co się wtedy wydarzyło, czuję do siebie żal. Żal, jak mogłem być takim idiotą. Przecież sam wiem, ile bólu sprawiło odejście mojego syna, jak totalnie mam przez to pogniecioną głowę i życie, które zawsze do ostatnich moich dni będzie naznaczone tym cierpieniem. Zobacz, jak ważna jest czujność, jak jedna głupia myśl zasilana przez substancję może bezpowrotnie zmienić bieg życia nie jednej osoby, ale całych rodzin. Kiedy sprawy tego wieczoru szły już źle, niestety racjonalne argumenty mijałem tak, jak rozpędzony na autostradzie samochód mija słupki hektometrowe. Z drugiej strony mimo wszystko mam też dla siebie odrobinę zrozumienia, splot losu i czasu sprawił, że miałem przeżyć takie, a nie inne doświadczenie. Myślę sobie, że ono było wpisane w moje życie.
Może wręcz sam je sobie wybrałem tam na górze do przeżycia tu na dole. Jeśli ta teoria kiedyś znowu tam na górze okazałaby się słuszna, to powiem ci, że dość odważnie sobie to wszystko powymyślałem.
Filip Chajzer podjął próbę samobójczą. "Dostałem napadu histerii"
Tego dnia wieczorem mój telefon wyrzucił powiadomienie o tym, że duża ogólnopolska stacja radiowa wyemitowała wywiad z matką dziecka. Ta sama matka, to samo dziecko. Te same oskarżenia. Wywiad ilustrowało dziecko siedzące na wózku obok otwartej lodówki, w której leży tylko zgniły pomidor. Śmiertelnie chore dziecko, w trakcie leczenia, które nie ma co jeść. W toku sprawy okaże się, że nie było żadnego leczenia za miliony, tylko podawanie witaminy C, ale to już nikogo nie obchodziło. Mnie wtedy obchodziło to, że ja z tym nie umiałem dłużej żyć. Histerię napędzał narkotyk, brany po to, żeby uspokoić stres, ale działo się zupełnie na odwrót.
W pewnym momencie dostałem napadu histerii, odruchowo jak robot pobiegłem do łazienki, wyciągnąłem pasek ze szlufek granatowego szlafroka. Dusząc się z braku tlenu w płucach, wiązałem go kilka sekund później na słupku niebieskiej drewnianej antresoli.
Napisałem: "odruchowo jak robot"? Nie to, że wycofuję się z tych słów, wręcz przeciwnie – postanowiłem się nad nimi zatrzymać. Gdzieś na początku tej książki pisałem, że jak dla mnie cała ta kokaina to wynalazek szatana. Do czego dąży biblijny szatan? Do unicestwienia, możliwie w jak największym cierpieniu. Cierpienie bycia na ziemi potęgowane przez kokainę, którą odkopałem w garderobie po tym całym chaosie w mojej głowie, włączyło histeryczny mechanizm ucieczkowy. Ucieczkowy od życia, nie substancji. Czysty szatan. Walka dobra i zła, gdzie zło zaczynało mieć dość wyraźną przewagę.
Sznur zawisł nad schodami. Czułem się tak, jakbym musiał uwolnić się od tej histerii, która zawładnęła wtedy moją głową, jakby jedyną formą ucieczki było zawiązanie supła na szyi i zrobienie kroku do przodu. Powiem ci więcej – ja go zrobiłem. I supeł, i krok. Do teraz, kiedy sobie o tym przypomnę, zbiera mi się na wymioty, dokładnie tak jak wtedy.
Kiedy zrobiłem krok, w zamyśle był on niepewny, trochę jak na próbę. No i z "dla picu" zrobiło się "bez picu". Moja noga ześlizgnęła się ze schodka. Faktem jest, że ten dom pochodzi z lat 50. XX wieku, a gdy przeprowadzałem jego kapitalny remont, akurat drewniane schody zostawiłem w oryginale. Ponad 70 lat wchodzenia i schodzenia zaokrągliły cokoły schodów, co w momencie podejmowania decyzji remontowych wydawało mi się całkiem urocze. W momencie podejmowania decyzji o samobójstwie – już mniej. Jedna stopa siłą mięśni była już uniesiona nad dolnym schodkiem, a ta, na której opierał się ciężar ciała… zsunęła się nagle, nieprzewidzianie i bezwładnie po zaokrąglonym uroczym schodku w kolorze chabrowym.
Filip Chajzer przeżył próbę samobójczą. "Los zerwał pasek w ostatniej chwili"
Szczerze… to była chwila. Tąpnięcie. Dosłownie. Kolejne sekundy mijały w mojej głowie bardzo powoli. We wspomnieniach sekunda równa jest minucie, bo czas jakby zwolnił. Dosłownie na czynniki pierwsze mogę rozebrać mój ruch po ruchu. W pierwszej kolejności pasek Polo Ralph – gruby i mięsisty, kiedy wyciągałem go razem ze szlafrokiem spod choinki dwa lata temu – nagle na mojej szyi przeistoczył się w żylaste napięte cholerstwo, które z każdym ruchem moich rąk i nóg zaciskało się coraz bardziej i bardziej, tak jakby miało mnie nie tylko udusić, ale i urwać głowę. Włożyłem rękę między szyję a pasek po to, żeby ruchem odpychającym od szyi go poluzować. Nic z tego – choć wydawało mi się to niemożliwe, zacisnął się jeszcze bardziej. Zacząłem się dusić, ale dźwięk, który z siebie wydawałem, nie brzmiał jak oddech, bardziej jak charczenie, zły, niedobry dźwięk, jaki człowiek może wydobyć z siebie na chwilę przed ostatecznością.
Wiem, że próbowałem powiedzieć: "pomocy!". Zabrzmiało to jak coś pomiędzy charczeniem, porzyganiem się i wypowiedzeniem słowa, domyślasz się, że w tym trio mówienie wyszło najgorzej.
W pewnym momencie, kiedy mój organizm trochę bez powietrza i świadomości próbował przetrwać, wymioty, które trafiły na zaciśnięte gardło, skutecznie to przetrwanie blokowały, pomyślałem: "To już… Zrobiłeś to…". Poczułem się z tym jakby bez oceny. Nastąpiło pogodzenie, a światło zaczęło przygasać w oczach. Jakby ktoś gasił żarówkę w pokoju nie przez dynamiczne naciśnięcie klawisza, ale przez przekręcenie ściemniacza. Jak daleko byłem od śmierci – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Wiem, że w pierwszym odruchu chciałem wracać, wycofać się, że gdybym miał taką możliwość, gdybym gdzieś pod ręką zostawił coś ostrego, to poświęciłbym te dwie, trzy sekundy na odcięcie paska. Światło gasło, a stres i inne odczucia razem z nim… Nie było bólu, nie było narkotykowego obłędu, zaczęło się robić lekko mimo ciężaru ciała wiszącego nad schodami. I nagle… Uderzenie!
Kolejna scena, którą pamiętam, to dosłownie "pier*olnięcie" na schody z pełnym impetem na du*ę. Wybacz to przekleństwo w tym miejscu, ale długo szukałem słowa w języku polskim, które oddałoby dynamikę tego upadku. Nie było lepszego. Dokładnie to upadłem na miednicę, prosto na kant stopnia. Z beztlenowego letargu obudził mnie huk i ból.
ZOBACZ TEŻ: Filip Chajzer zarzucił byłej partnerce, że "oddała jego psa obcym ludziom". Zareagowała na oskarżenia
Samego lotu nie pamiętam, co oznacza, że musiałem być już lekko nieprzytomny, a to znaczy, że los zerwał ten pasek w ostatniej chwili przed… przed ewakuacją. Obiłem się tak, że ból otrzeźwił mnie w sekundę. W tym samym momencie usłyszałem potężny huk. Jakby nastąpiła synchronizacja meteorologiczno-samobójcza. Nad moim domem kilka sekund po zerwaniu się paska zaczęła się burza z gradem, który wręcz łamał gałęzie drzew. Pierwsze uderzenie pioruna musiało nastąpić gdzieś bardzo na klatce schodowej blisko okna, pod którym leżałem. Było tak głośne, że aż zabolało w uszach. Nagle też na ułamek sekundy zrobiło się zupełnie jasno jak w słoneczny dzień. Całe zdarzenie trwało jakieś trzy minuty. Nie dłużej. Skończyło się tak samo błyskawicznie, jak się zaczęło. Nagle. Było i nie ma. Co to było za wyładowanie, nie wiem. Wiem, że w trakcie tej nawałnicy, leżąc na schodach i obserwując poharatane, dyndające nade mną pół sznurka, czułem przerażenie. Scena jak z horroru.
Po tym, kiedy znowu zrobiło się cicho, wydarłem się kilka razy, wierząc, że usłyszy mnie ktoś przed domem, bo ja nie mogłem się ruszyć. Wiesz, kto mi pomógł? Daniel. Anioł stróż. (...) Był w Warszawie. W spodniach miałem telefon, akurat w lewej kieszeni, więc nie rozbił się przy upadku. Przyjaciel odebrał, mimo że było po 3 w nocy, w miarę natychmiast. Po kilkunastu minutach był w moim domu, otworzyłem mu za pomocą apki w telefonie, leżąc rozwalony na schodach. Wszedł, popatrzył na ten surrealistyczny obrazek i usiadł obok.
Patrzyliśmy tak na ten kawałek paska wiszący nad nami i wiedzieliśmy coś, czego nawet nie trzeba było mówić na głos. Gorzej już nie będzie. Jeśli nie udała się ewakuacja od życia, to znaczy, że jutro trzeba będzie zacząć ewakuację do życia.