"Niepożegnani". Sylwia Peretti w szczerej rozmowie o stracie, która na nowo zdefiniowała jej życie
Sylwia Peretti straciła syna, który zginął w wypadku samochodowym. Od tamtego momentu jej życie wygląda zupełnie inaczej. W książce, którą napisała wraz z Wiktorem Słojkowskim, opowiedziała o ogromnej stracie, jaką poniosła.
Śmierć Patryka Perettiego była jednym z najbardziej wstrząsających wydarzeń ostatnich lat w polskim show-biznesie. Dla jego matki, Sylwii Peretti, oznaczała nie tylko ogromną stratę, ale także konieczność zmierzenia się z żałobą na oczach opinii publicznej. Po niemal trzech latach od tragedii celebrytka zdecydowała się opowiedzieć swoją historię w wyjątkowo osobistej formie. Książka wydana przez wydawnictwo Chmury właśnie miała swoją premierę.
Karolina Pisarek o szczegółach swojego wypadku. Jak zareagował Roger?
Sylwia Peretti opowiedziała o żałobie po synu
Książka "Niepożegnani", będąca zapisem rozmowy z Wiktorem Słojkowskim, to poruszające świadectwo bólu i miłości matki po stracie dziecka. Publikacja została poświęcona pamięci Patryka i – jak podkreśla sama autorka – była dla niej próbą uporządkowania emocji oraz formą terapii.
Powstała w bólu, z ogromnej miłości i tęsknoty, które nauczyły mnie patrzeć na życie z zupełnie innej perspektywy. Jej pisanie stało się dla mnie terapią. To historia widziana z mojej perspektywy - oczami matki, która straciła swoje jedyne, ukochane dziecko – wyznała Sylwia Peretti, zapowiadając swoją książkę.
O czym mówi książka "Niepożegnani" Sylwii Peretti?
Sylwia Peretti opowiedziała o swojej stracie. Choć od śmierci Patryka Perettiego minęły niemal trzy lata, ona dalej czuje się wyzuta z sił do życia.
Ludzie widzą, że wszystko funkcjonuje, i często zostają przy tym obrazku, bo on jest czytelny. Nie zdają sobie sprawy, ile kosztuje mnie każdy ruch, ile wysiłku wymaga każdy uśmiech, ile siły trzeba, żeby się nie rozsypać w połowie zdania. Na zdjęciach nie widać ciężaru, one łapią tylko ułamek sekundy. Czasem naprawdę czuję się jak aktorka, która zna swoje kwestie, ale nie rozumie sztuki, w której gra, i jedyne, co może zrobić, to dotrwać do końca, aż kurtyna opadnie i będzie można przez moment oddychać w ciemności.
W książce celebrytka przyznała, że oddałaby wszystko za możliwość spotkania raz jeszcze ze swoim synem.
To nie jest ani proste, ani skomplikowane – to jest ostateczne. Oddałabym wszystko, naprawdę wszystko, każdą rzecz, każdy projekt za jeden zwykły dzień z moim dzieckiem. Nie za jakieś wielkie gesty, nie za podróże, wspomnienia sukcesów – za dzień, w którym mogłabym znów usłyszeć śmiech swojego syna, zobaczyć, jak odwraca głowę w moją stronę. Za chwilę, w której znów byłabym tylko mamą.
Sylwia Peretti o bólu po stracie syna
Celebrytka wiele razy po wypadku syna słyszała zdanie, że "wszystko jest po coś". Po tym jednak, jak straciła Patryka, nie uważa, by była to prawda.
Zdanie "wszystko dzieje się po coś" brzmi jak obietnica, ale to pusty frazes. Słyszałam je zbyt wiele razy w chwilach, które niosły więcej bólu niż otuchy. Jest jak cienki szal narzucony na rozciętą skórę. Nie chroni, nie koi, tylko potęguje cierpienie. Sugeruje, że ból ma swoją logikę, że jest etapem do czegoś lepszego. Że nie jest przypadkowy. A przecież to tak nie wygląda.
Choć ciężar straty i żałoba przygniatają ją, Sylwia Peretti potrafi znaleźć iskrę nadziei do dalszego życia.
Czasem nagle coś się we mnie poruszy albo usłyszę w radiu naszą piosenkę i wtedy wiem, że jeszcze żyję. To są te maleńkie chwile, które mnie ratują. Nie krzyczą, nie przynoszą ulgi na zawsze, ale dają oddech. Dzięki temu pustka nie ma nade mną pełnej władzy. Bo choć serce boli, choć świat jest przygaszony, to w tych chwilach pojawia się jakieś światło. Nie wiem, czy to nadzieja, ale wystarczy, żeby przeżyć kolejny dzień.
Peretti odrzuciła jednak iluzję, która dawałaby jej złudną nadzieję na coś, co nie nastąpi.
Ludzie często mylą nadzieję z iluzją. Ja iluzję odrzuciłam. Przestałam się karmić opowieściami, że wszystko ma znaczenie, że dobro wraca, że cierpienie uszlachetnia. To są slogany, które dobrze wyglądają wypisane na kubkach i w kalendarzach motywacyjnych. Wiara? Może jakaś we mnie została. Ale nie taka, jaką miałam wcześniej. Nie ta dziecięca, pełna zachwytu i ufności. Raczej coś, co się nie mieści w żadnym systemie religijnym ani filozoficznym. Coś osobistego, bez etykietki. To bardziej obecność niż pewność. Czasem czuję ją w zapachu wiatru, czasem w milczeniu dwojga ludzi. Może nawet teraz odczuwam to mocniej niż kiedyś. To jest bardzo subtelne, ledwo uchwytne. Ale istnieje. Tylko nie chce być nazwane A nadzieja? Jest, choć zupełnie inna niż ta sprzed lat. Kiedyś myślałam, że nadzieja to pewność, że będzie lepiej. Teraz myślę, że to po prostu decyzja, aby zostać przy życiu. Nadzieję może dawać kubek herbaty o poranku albo wiadomość od kogoś, kto pamięta. Albo cisza, w której możesz się wypłakać. Moja nadzieja już nie krzyczy. Ale trwa przy mnie, nie odchodzi, jest obok. Jak dobra przyjaciółka, która wie, że nie da się już nic powiedzieć.