Uważam, że wina leży po obu stronach. W tym wypadku z racji tego, że ja byłam osobą bardziej zazdrosną, która nie może poradzić sobie z pewnymi emocjami i sytuacjami. Bardziej może to być moja wina, że Kuba nie wytrzymał tego wszystkiego, miał dość i po prostu odszedł. Ja zdania nie zmienię, że prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Każdy z nas ma swoje granice, każdy jest w stanie przetrwać coś, w pewnym momencie coś pęka, nie dajemy sobie z czymś rady i odchodzimy. Jasne, ale odejście od kobiety w 8 miesiącu ciąży czy zostawienie jej samej to jest to coś niewyobrażalnego. Jeszcze może byłabym to w stanie przetrawić, ale za chwilę wejść w nową relacje to jest to dla mnie niewyobrażalne. Widzę swoją winę w tym, co się wydarzyło. Kuba był dla mnie bardzo dobry przez ten rok, starał się jak mógł, chciał mnie wspierać. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, ale widocznie to nie było na tyle silne, żebym była w stanie nie robić scen zazdrości i aby nie było takich sytuacji, które mogłyby powodować, że coś jest nie tak. Biorę winę za rozstanie na siebie. Nie mam z tym problemu, żeby powiedzieć, że jest tutaj duża moja wina. Uważam, że cała końcówka tego związku i to, jak mogło to wyglądać, mogło skończyć się inaczej. Wina jest moja, ale nie całkowicie. Uważam, że można było to ratować, ale tam już była nowa kobieta. I to spowodowało, że już tego powrotu nie było. Chociaż Kuba uważa, że tego powrotu by i tak nie było, to ja wiem, że byłoby inaczej, bo to czułam. Wieczorami siedziałam sama w domu z Oliwierem, patrzyłam na niego i płakałam. Zastanawiałam się, dlaczego nie dostałam tej ostatniej szansy, która mogła być skierowana i dana nam — naszej rodzinie. Gdybyśmy tę szansę dostali po wizycie u specjalisty to wtedy też byłoby inaczej. Też już bym wiedziała co mi jest, z czego to wynika i może by się udało.