To było podczas tournée w Stanach, 1986 rok. Polecieliśmy małą ekipą – oprócz mnie i Villas jeszcze tylko Czesio Majewski i cztery inne aktorki-tancerki. Koleżanka Villas opiła się czegoś już w samolocie i na miejscu zaraz stwierdziła, że nie może wystąpić, bo ma chrypkę. Rzeczywiście miała. Organizator spanikował, ale zaproponowaliśmy, że bez głównej gwiazdy też damy radę zrobić koncert. Wyszłam do ludzi, wytłumaczyłam, że Violetta Villas jest chora, każdy może dostać zwrot za bilet, ale my mamy gotowy show zastępczy. Nikt nie wyszedł. Występ bardzo się podobał i następnego dnia w polonijnej prasie dostaliśmy świetne recenzje.Villas się tak wściekła, że natychmiast zmieniła zdanie: będzie występować mimo choroby! Tylko że ma być „preambuła”, wymyśliła, że zapowiadając ją, mam zbudować odpowiednie napięcie. Mianowicie powiedzieć, że gwiazda jest niestety niedysponowana, ale aby nie zawieść państwa oczekiwań – tu miał mi się łamać głos – jednak zaśpiewa. Specjalnie dla cudownej polonijnej publiczności – tu już miałam łkać. Na to, pośród burzy braw, wychodziła Villas. I tak robiliśmy. Łkałam, ona wychodziła, publiczność wiwatowała. Jeden wieczór, drugi, trzeci, czwarty… Zaczęło mi się nudzić i przy piątym czy szóstym razie już się tak nie przykładałam do tego budowania napięcia. Schodzę ze sceny, mijam ją za kulisami, a ona do mnie nagle, że zbyt sztucznie łkałam i że to jest skandal – i normalnie mi przylała! Dostałam w mordę. Gdyby to było gdzieś w Polsce, to zawinęłabym ogon i tyle by mnie widziała, ale w środku Stanów? Po jakimś czasie przeprosiła, ale fakt miał miejsce.Jak się domyślacie, nie mam o niej dobrego zdania, choć nieboszczka. Jak podpisywała umowę z Syreną, to chciała zastrzec, że nie może grać w niedzielę. Bo taka religijna! Rozumiecie to? Nie grać w niedzielę! (śmiech). Śpiewała pięknie, ludzie ją uwielbiali, pomimo dziwactw. Zawsze się spóźniała na występ, na przykład 40 minut, a widownia grzecznie czekała - zdradziła Zofia Czerwińska w wywiadzie dla Repliki.