Gdy otrzymałam propozycję od SLD, że wesprze mnie w wyborach, podjęłam ryzyko dołączenia do grona pań, które wcześniej walczyły o prezydenturę. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Miałam poukładane życie zawodowe, prowadziłam program w TVN BIŚ i rezygnacja z tego, co robiłam, co sprawiało mi zawodową satysfakcję, wymagała wyrzeczeń... - pisze Magdalena w natemat.pl.
Magdalena zapewnia, że miała sama o wszystkim decydować, ale partia zmieniła zasady gry w czasie kampanii. Na końcu przykrego opowiadania, kandydatka znów wspomina o tym, że musiała zrezygnować z kariery w telewizji. I chyba to martwi ją najbardziej. Czy Magda wróci na szklane ekrany?
Oni grali na przegraną z wynikiem, zbliżonym do dziesięciu procent, a ja skoro poświęciłam karierę i pracę w TV, starałam się na początku walczyć o zwycięstwo, ale ich strategia była dla mnie nie do pojęcia i nie dawała żadnych szans...
Niski wynik podczas wyborów to według Magdaleny Ogórek wina partii SLD, która nie poniosła żadnych wydatków na kampanię prezydencką:
Z chwilą, gdy podpisałam pełnomocnictwa, nagle powstał sztab, złożony wyłącznie z ludzi, wyznaczonych przez SLD. Ani jedna osoba nie była ode mnie. Pełnomocnik finansowy nie odbierał telefonów, albo nie udzielał żadnej odpowiedzi. Przez pierwsze dwa miesiące budżet, jaki był do dyspozycji, to 0 zł. O tym, jaki był końcowy budżet, dowiedziałam się z mediów. Gdy tylko zebrano podpisy i chciałam przejść do drugiego etapu, natychmiast rozpoczęły się straszne naciski i presja, iż muszę teraz podziękować aparatowi i zrezygnować z mojej wizji kampanii.
Powinna tłumaczyć się w taki sposób? Te słowa wywołają dyskusję.