Krzysztof Krawczyk junior wspomina tragiczny wypadek. "Nie umiałem mówić, czytać"
Krzysztof Krawczyk junior to jedyny biologiczny syn zmarłego Krzysztofa Krawczyka. 49-latek najwyraźniej odziedziczył zamiłowanie do muzyki po swoim ojcu. Co jakiś czas występuje przed publicznością, co jak twierdzi, wprawia go w dobry nastrój. Chętnie wykonuje utwory taty, ale wkrótce może nie mieć do nich praw.
Krzysztof Krawczyk po rozstaniu z mamą juniora – Haliną Żytkowiak, poślubił Ewę, z którą był aż do śmierci. Kobieta nie dogadywała się najlepiej z synem swojego męża. Wychowywaniem wówczas nastoletniego chłopca zajęła się babcia. Mimo szczerych chęci nie potrafiła mu zastąpić ojca, co dokładnie opisał w książce Mama, tata, muzyka... i ja. Dodatkowo wyznał, że bał się rozmów z tatą:
Z tatą to było tak. Babcia często mówiła: „Zadzwonię do taty, niech tylko tata się dowie” – i dotyczyło to mojego zachowania. Dlatego w rozmowach z ojcem, które był głównie telefoniczne, towarzyszył zawsze lęk. Mówi się, że kocha się rodziców. Kochałem, ale u mnie kochać, to równocześnie bać się - wyjawił w książce.
Krzysztof Krawczyk junior o wypadku
Junior opowiedział o wypadku, który przydarzył się jego rodzinie w 1988 roku. Miał zaledwie 14 lat, kiedy Krzysztof i jego trzecia żona zdecydowali się na przeprowadzkę z Kołobrzegu do Warszawy. Kiedy jechali z bagażami autem osobowym, doszło do tragedii. Wypadli bowiem z zakrętu i uderzyli w drzewo.
Samochodem kierował jego tata. Piosenkarz w wyniku mocnego uderzenia złamał nogę, a także uszkodził staw biodrowy. Jego syn ucierpiał jeszcze bardziej. Leczenie juniora trwało miesiącami, o czym więcej opowiedział w książce:
Byłem w jakimś swoim świecie, jakby autystycznym. Nie docierało do mnie, że był jakiś wypadek, chociaż noga cała w gipsie, ręka… Najważniejszy był mózg, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Chociaż pani doktor, babcia i pielęgniarki mówiły, żeby nie, to ja uderzałem się pięściami z całej siły w tą głowę. To było silniejsze ode mnie…
Syn Krawczyka był w ogromnym szoku. Długo nie mógł dojść do siebie. W jego głowie pojawiają się jedynie przebłyski z tamtego okresu, gdy wszyscy leżeli w szpitalu. W wyniku uszkodzonego mózgu stracił pamięć. Wyznanie, którym podzielił się po latach, mrozi krew w żyłach. Nie potrafił ani mówić, ani czytać w języku polskim:
Po jednym z ataków, już tu w Łodzi, na neurologii, w Kochanówce, pierwsze dwa tygodnie nie umiałem mówić, czytać. Nie rozumiałem zupełnie języka polskiego. A gdy ktoś powiedział coś po angielsku, to docierało wszystko. Był tam kolega, z którym rozmawiałem po angielsku, a powoli docierał do mnie język polski. Był jakby na drugim planie. Byłem w tym szpitalu chyba dwa miesiące…
Choć od wypadku minęło ponad 30 lat, mężczyzna wciąż musi mierzyć się z konsekwencjami urazu.