Ewa Minge w trakcie pandemii nie mogła pracować tak, jak dotychczas. Projektantka postanowiła jednak w czasie kryzysu nie pozostawać obojętna na to co dzieje się na świecie. Jej szwalnia, oraz zatrudnieni w niej pracownicy zaczęli szyć maseczki, których na początku pandemii tak bardzo brakowało.
Projektantka chciała pomóc walczącej z wirusem służbie zdrowia. W rozmowie z reporterką Jastrząb Post zdradziła, z jak paradoksalną sytuacją się spotkała.
To był pierwszy odruch, ponieważ duża część mojego życia zawodowego jest we Włoszech. I kiedy w Polsce wszyscy patrzyli z przymrużeniem oka na pandemię, ja widziałam co się dzieje we Włoszech. I wiedziałam od moich włoskich przyjaciół, że najbardziej pożądanym produktem są maseczki. Poczułam się jak taka dziewczynka, która szyjąc maseczki zatrzyma kulę śnieżną. Okazało się, że jestem zbyt mała, aby ją zatrzymać, ale w tym czasie kiedy wszyscy myśleliśmy, co dalej robić to my szyliśmy te maseczki, oddawaliśmy je szpitalom i instytucją, które tego potrzebowały. Moim pracownikom cały czas płaciliśmy, mieli pracę, więc czuli misję. Myślę, że to jest taki typowy zryw wojenny, że wszyscy jesteśmy przeciwko jednemu wrogowi i to rzeczywiście od strony psychologicznej bardzo pomogło mi i moim pracownikom.
Jak się okazało, niektórzy próbowali dorobić się na dobrym sercu Ewy.
Na końcu poczułam trochę smutek, bo w pewnym momencie zorientowałam się, jak wielu ludzi na tym zarabia, a ja taka idiotka uszyłam kilkadziesiąt tysięcy maseczek i rozdałam za darmo. Co chwilę dostawałam oferty, że mogę kupić od kogoś i również je rozdać, tak więc jeszcze proponowano mi, abym od kogoś kupiła, zainwestowała i dała dalej darmo. Takie ludzie mieli pomysły i to było smutne.
Całość rozmowy w materiale wideo: