Dziennikarze Gazety Wyborczej, Grzegorz Kubicki oraz Maciej Drzewicki, spędzili setki godzin na rozmowach z osobami z otoczenia Przybylskiej:
Zaczęliśmy od spotkań z najbliższymi, czyli z mamą Ani, jej siostrą oraz z menedżerką i przede wszystkim najbliższą przyjaciółką, Gosią Rudowską. Odbyliśmy z nimi kilkanaście spotkań. Po zakończeniu procesu zbierania tego „bazowego” materiału zaczęliśmy rozmawiać z kolejnymi osobami. Poszerzaliśmy te spotkania o kolejnych członków rodziny Ani, a potem o świat filmu i reklamy. W ten sposób wspominaliśmy Anię z blisko 30 osobami. A wszystkich spotkań odbyliśmy pewnie z kilkadziesiąt. Nie mieliśmy narysowanej tej postaci już na starcie. Mieliśmy za to czystą kartkę i zapełnialiśmy ją od początku, słuchając tego, co mówią o niej inni. Finalnie udało nam się narysować ten obraz. Jak mówią bliscy – prawdziwy obraz Ani.
Tuż po przeczytaniu książki przez mamę Ani - panią Krystynę, Kubicki i Drzewicki otrzymali od niej wzruszającego SMS-a:
To była dla nas największa nagroda. Proszę sobie wyobrazić to uczucie, kiedy po miesiącach ciężkiej pracy dostaje się sms-a od pani Krysi o treści „Kocham was”. Albo od pani Agnieszki – po prostu z czerwonym serduszkiem. Naprawdę obawialiśmy się, czy nie zawiedziemy ich zaufania, czy czegoś nie będzie trzeba zmienić, czy to o to chodziło.
Autorzy książki Ania. Biografia Anny Przybylskiej opowiedzieli też o najtrudniejszych wątkach dotyczących śmierci aktorki:
Nie uciekamy od tego, ale chcieliśmy zachować balans. To był straszny okres w życiu Ani i jej najbliższych, nie chcieliśmy nim epatować, przesadzić. Nie chcieliśmy nikogo niepotrzebnie ranić i posunąć się za daleko.