Agnieszka jako prowadząca i gospodyni programu widzi wszystko i wie wszystko. Ma możliwość śledzenia każdego ruchu swoich podopiecznych, nic więc dziwnego, że szybko rzucił jej się w oczy... samozachowawczy styl, w jakim uczestnicy przemierzali kolejne kilometry. I nie chodzi tu wcale o instynkt przetrwania.
Od razu wyłoniłam parę, która próbowała wykorzystać patent Michała i Ludwika, czyli zwycięzców, zobaczyli, że to się sprawdza, i poszli tą samą drogą. Poza tym wszyscy byli przewrażliwieni, żeby nie powtórzyć losu Renaty Kaczoruk i nie zderzyć się z falą hejtu. Bardzo mnie tym denerwowali, bo byli tak mili dla siebie, że momentami nie dało się już tego słuchać. Zdarzało się, że przybiegali czwórką na metę, trzymając się za ręce... A ja chciałam walki, wyścigu, rywalizacji, przecież to jest gra! Czego by nie mówić o Renacie, ona się ścigała. Ci pojechali po to, żeby zrobić sobie dobry PR. I to widać. Zdarzały się histerie na planie, jedna z uczestniczek w pewnym momencie powiedziała "Tak nam dobrze idzie, że ludzie nas znienawidzą" i łzy, szloch i wielki lament. Trochę za dużo kombinowali, jak wypadną, jak ich ludzie odbiorą. Pierwsza grupa kompletnie o tym nie myślała. Wszyscy poszli na żywioł - wyznała z przekąsem.
Jeśli rzeczywiście jest tak, jak twierdzi Agnieszka, to prędko może się okazać, że wspomniana przez nią uczestniczka miała rację. Jak mówi stare przysłowie: "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu". A bycie nadgorliwie miłym dla wszystkich płazem może ujść tylko Królewnie Śnieżce.