Morderstwo, do którego doszło na scenie podczas 27. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku wstrząsnęło całym światem. O dramatycznej śmierci prezydenta miasta, Pawła Adamowicza, od dwóch dni rozpisują się nie tylko polskie, ale również zagraniczne media. Polityk został zasztyletowany w trakcie Światełka do nieba. Choć lekarze walczyli o jego życie przez 5 długich godzin, a fani masowo oddawali krew, której prezydentowi przetoczono w liczbie 41 jednostek, nie zdołali go ocalić. Zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Dopiero teraz na jaw wychodzą dramatyczne kulisy jego udziału w finale WOŚP 2019.
Jak się okazało, prezydent przebywał w Stanach Zjednoczonych przed finałem. W USA uczy się jego starsza córka, 15-letnia Antonina, a rodzice wraz z 8-letnią Teresą polecieli w odwiedziny. Adamowicz podjął jednak decyzję o wcześniejszym powrocie do kraju, by przygotować się do finału Orkiestry. Był nią bardzo podekscytowany. Tuż przed zamachem, chwalił mieszkańców swojego miasta ze sceny:
Sam zdołał uzbierać ponad 5 tysięcy złotych.
I pomyśleć, że gdyby nie ta jedna decyzja o powrocie, wszystko mogłoby wyglądać inaczej...