Niektórzy powiedzą, że cesarskie cięcie to nie poród. Zdecydowanie się nie zgodzę. To trudne, ale najpiękniejsze doświadczenie w moim życiu! Może zwariowałam, ale ja bardzo chciałam cesarkę dla bezpieczeństwa mojego dziecka. Okazało się, że moje obawy i intuicja były słuszne. Miałam kilka wskazań do cesarskiego cięcia, a jak się później okazało, nawet więcej niż myślałam. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i moja Pchełka (ważyła tylko ponad 2,5kg), leży spokojnie obok mnie. Samo cięcie i wydobycie dziecka z brzucha trwa kilka minut. Przygotowanie, czyli zastrzyk znieczulający, też. Bólu nie ma, ale jest nieprzyjemne bujanie i szarpanie, wyobraźnia działa. Moment, gdy leżąc za parawanem słyszysz płacz swojego dziecka, a potem podają Ci go do całowania, jest do zapamiętania na całe życie, wow. Płakałam jak bóbr, a dzielny tatuś nagrywał wszystko. :) Maluszka zabrali do mierzenia i mycia, a mnie oczyszczali i zszywali jeszcze z 15 minut - napisała na blogu.
Okazuje się, że były sytuacje, które przeraziły młodą mamę:
Byłam przerażona, że codziennie, kilka obcych ludzi przychodzi do Ciebie i z zaskoczenia ciągnie za sutki jak krowę. Sprawdzają pokarm, wiadomo. Niestety jest to bolesne, stresujące i zniechęcające, tym bardziej, że dochodzi do tego Twój mały Ssak, który nie potrafi jeszcze jeść z piersi i rani Ci sutki - dodała.
Dziecko na pewno rekompensuje wszystkie niedogodności.