Jak się okazuje, szkoła do której uczęszcza książę nastawiona jest na wprowadzanie w życie zasad wychowawczych Marii Montessori. Mówiąc krótko: skupiają się na nauczeniu dzieci życia w grupie. To oznacza, że wychowankowie placówki mogą bawić się jedynie w kilkuosobowych grupach, a na bliskie relacje dwójki dzieci zwyczajnie się nie pozwala. Chodzi o to, by żadne dziecko nie czuło się w grupie gorsze czy wyjątkowe.
Podobnie jest z urodzinami: nie wolno chwalić się przyjęciem, jeśli nie zaproszono na nie wszystkich dzieci z klasy. Takie metody wychowawcze uczą nie tylko uprzejmości wobec wszystkich i funkcjonowania w "stadzie", ale również odpowiedzialności za inne osoby. Z drugiej jednak strony, pozbawianie dziecka możliwości nawiązania specjalnego, emocjonalnie intymnego kontaktu z drugim dzieckiem, któremu nauczy się ufać i powierzać swoje tajemnice, wydaje się być okrutne.
Jak myślicie, rodzina królewska powinna zaprotestować?