Jarek Bieniuk, odkąd pamiętam, miał ksywkę „Palmer”. Bynajmniej nie ze względu na Laurę Palmer ani na to, kto ją zabił, ale dlatego, że od zawsze był wysoki i chudy – tak samo jak reprezentant Anglii Carlton Palmer. Jak przyszedł do nas do Lechii z juniorów Ogniwa Sopot, to nie mógł wyjść z „dziadka”, taki był słaby. Ale potem się wyrobił.
Jednak zdecydowanie najciekawszym fragmentem odnośnie sportowca są informacje, jak poznał się z Anną Przybylską. To niezwykle wzruszająca, a zarazem bardzo zabawna historia:
Już na początku przygody z Amicą Jarek złapał półpaśca, więc kilka tygodni miał wyjętych z życiorysu. Ale on wtedy żył zupełnie czymś innym. Bez przerwy wpatrywał się w telefon w oczekiwaniu na cynk, czy Anka pojawi się na imprezie w sopockim Non Stopie. Anka Przybylska oczywiście. Jak dostawał wiadomość, że będzie, to pakował się w samochód i ruszał nad morze. I tak co weekend. Pewnego razu mieliśmy grać mecz w niedzielę, tymczasem w sobotę wieczorem „Palmer” dostał informację, że Anka wybiera się na dyskotekę. Co wymyślił Jarek Bieniuk? Wpie**olił surowego ziemniaka, poszedł do trenera i powiedział, że rzyga i że nie ma opcji, by zagrał następnego dnia. Dostał zwolnienie. Od razu popędził do samochodu. Kilka godzin później był już w Non Stopie, 300 kilometrów dalej, i tańczył z Anką. Takie były ich początki…
Od śmierci Anny Przybylskiej minęło już ponad 1,5 roku, jednak piękne wspomnienia pozostaną na zawsze.