Jedną z osób, które towarzyszyły Annie w ostatnich chwilach życia, była jej mama Krystyna. Kobieta w książce Ania. Biografia Anny Przybylskiej opowiedziała o chorobie, cierpieniu i ostatnim tchnieniu córki. Swoimi wspomnieniami podzieliła się również z czytelnikami magazynu Wysokie Obcasy Extra, któremu udzieliła wywiadu. Poniżej wybrane przez nas fragmenty, w których pani Krystyna przywołuje ostatnie dni z życia córki:
W sierpniu pojechałam z dziećmi do Juraty. Plaża, upał, fajnie, a wieczorami czekam na telefon, jakie wyniki po chemii. I mam w sobie taki okropny żal, dlaczego ja jestem z wnukami, a nie z nią. (...) Ciągle sobie tłumaczyłam, że jest nadzieja.
Ania nie poddawała się, do końca walczyła z chorobą, nowotworem trzustki. Wyleciała do USA, gdzie chciała poddać się eksperymentalnej terapii, do której się nie zakwalifikowała. Konieczna była operacja:
Dziś myślę, że to chyba przyspieszyło wszystko. Kiedy ją zobaczyłam po tej operacji, to wiedziałam, że moje dziecko się kończy. A jak jeszcze poprosiła mnie o suszarkę, to już tym bardziej wiedziałam. (…) Twierdziła, że ciepłe powietrze łagodzi ból
Krystyna Przybylska w towarzystwie córki nie pokazywała słabości:
Starałam się być twarda, nie zagłaskiwać jej, bo bałam się, że wyczuje, że ja się czegoś boję. Raz mnie Anulka zapytała: Mamusiu, a co będzie, jak ja umrę? Powiedziałam: Przestań, Anka, wkur**asz mnie, co ty opowiadasz. Jasiek idzie do przedszkola, trzy kończy, musisz postawić mu tort, Szymonek idzie do komunii, skąd ci to przyszło?! Powiedzieli ci, że umierasz? Nie powiedzieli ci!
Pani Krystyna podzieliła się również ostatnim, najbardziej tragicznym wspomnieniem z dnia, w którym Przybylska odeszła:
Miała cichy oddech niewinnego, bezradnego dziecka. Dwie łzy spłynęły jej po policzku. Anusia, damy radę, jest wszystko dobrze, jest Jarek, jest Agnieszka, zaraz przyjadą dzieci. I w końcu widzę, że wzięła ostatni oddech. Wyglądała jak mała śpiąca laleczka. Umarła o 15.18.