W ogóle nie planowaliśmy. Wróciłam z Warszawy, Piotr mówi "bierzemy ślub, dzwoniłem do Michała". To mój kuzyn, jest urzędnikiem urzędu stanu cywilnego. Powiedziałam tylko "Aha, dobra. Kiedy?". "Za miesiąc". Pomiędzy naszymi wyjazdami, żeby jakoś się zgrać, a dalej zajęła się tym Marta Klepka. Ona mi to wszystko zorganizowała, ja nie myślałam o niczym. Było skromnie, ale na wesoło.
Mimo miesiąca wyprzedzenia, do mediów nie przeciekł nawet strzęp informacji o ceremonii. Jak udało im się ukryć ten radosny dzień przed światem?
Wydaje mi się, że jak się chce to można. Była to mała uroczystość, byli tylko przyjaciele i rodzina, w związku z tym nikt nie śmiał nic powiedzieć. Moja córka Aleksandra dowiedziała się w piątek, a w sobotę był ślub - bałam się, że powie do szkoły i powie wszystkim koleżankom, w związku z tym powiedzieliśmy jej w piątek, a w sobotę musiała już schodzić po tych schodach z balonami, które Marta jej przygotowała i z kwiatkami. Była bardzo dzielna.
Okazuje się, że za jej nietypową suknią ślubną również kryje się zabawna historia. Uwierzycie, że projektantka... odrzuciła jej pomysł?
To Sylwia (Sylwia Majdan - przyp. red) zadecydowała jaki fason i jaki krój - ona mnie zna, ja chciałam się czuć dobrze, bezpiecznie i elegancko. Nie chciałam się przebierać za księżniczkę i za pannę młodą dziewicę w białej sukni, bo już trochę nie wypada. Miałam trochę tych białych sukienek więc nie tęsknie za tym. Ja miałam pomysł na czerwoną sukienkę, zostałam zbanowana, że trochę nie na miejscu. Sylwia miała taki, a nie inny pomysł.
Koniec końców wszystko odbyło się tak jak mogliby sobie tego życzyć. Młodej parze kolejny raz życzymy wszystkiego najlepszego! ;)