Polska popkultura dawno nie widziała tak rzadkiego starcia. Z jednej strony na platformie streamingowej zadebiutowała serialowa odsłona "Lalki" z Sandrą Drzymalską i Tomaszem Schuchardtem, z drugiej – kina szykują się na premierę kinowej superprodukcji Macieja Kawalskiego, gdzie w Wokulskiego wciela się Marcin Dorociński, a na ekran po latach przerwy powrócił Marek Kondrat. W obsadzie filmu znalazł się również Jan Englert. Dla legendy polskiego aktorstwa to nie pierwszy kontakt z tym dziełem – w kultowej wersji z 1977 r. odgrywał przecież postać Mraczewskiego. Jeśli jednak ktoś spodziewał się, że gwiazdor wpadnie w zachwyt nad współczesnymi wersjami klasyka, mocno się rozczaruje.
WIDEOKatarzyna Grochola o widzach "Nigdy w życiu!". "Coś wybuchło"
Jan Englert z dystansem ocenia swój epizod w nowej kinowej ekranizacji "Lalki"
W nadchodzącym filmie kinowym Englerta zobaczymy w roli księcia. Aktor nie zamierza jednak budować wokół swojego występu wielkiego dorobku i otwarcie przyznaje w rozmowie z Plejadą, że na planie spędził zaledwie chwilę, a sam fakt powstania nowej ekranizacji niespecjalnie go elektryzuje:
Mój epizod jest tak mało znaczący, że niewiele mam do powiedzenia. Byłem trzy dni na planie zdjęciowym, a filmu jeszcze nie widziałem – mówi na wstępie.
Jan Englert stawia surową diagnozę współczesnej kulturze przy okazji premiery "Lalki"
Zdaniem artysty masowy powrót do znanych, sprawdzonych tytułów literatury czy kina to nie przypadek. Englert bez ogródek ocenia, że dzisiejszy widz daje się bezwolnie prowadzić rynkowym mechanizmom, a branża rozrywkowa czerpie z tego ogromne zyski.
W tej chwili żyjemy w sklepie z zabawkami, więc nic dziwnego, że "Lalka" jest interesująca. Dajemy sobą sterować. Prowadzą nas za rączkę jak przedszkolaków do przedszkola, a my jesteśmy szczęśliwi. Robimy to, co nam korporacje i sztuczna inteligencja narzucają. Jesteśmy w największej niewoli, w jakiej kiedykolwiek byliśmy, z hasłem wolności na ustach, a jednocześnie jesteśmy szczęśliwi. Jako zgorzkniały starzec i dziaders uważam, że zmierzamy w kierunku decywilizacji – ocenia gorzko.
Jan Englert ostro krytykuje wysyp filmowych remake'ów
Aktor wprost wytyka producentom, że zamiast tworzyć świeże, wartościowe historie, wolą eksploatować dobrze znane marki, które dają gwarancję frekwencyjnego sukcesu.
To kiedyś odniosło sukces finansowy i rokuje sukces ponowny. Jest w tej chwili realizowane nie ze względu na jakość, tylko na ilość. Ilość wygrywa z jakością i koniec. Chodzi o pieniądze, widzów i oglądalność itd. Jakość ma drugorzędne znaczenie. Generalnie nie jestem za obejrzeniem, jak ktoś na nowo coś odczytał, co już było zrobione i na dodatek jest zarejestrowane. Teatr ma tę przewagę, że nie ma rejestracji i po pięciu latach można robić na nowo zupełnie coś innego. Film się rejestruje, on zostaje, a przedstawienie teatralne zostaje w pamięci tylko niektórych. To jest przewaga teatru – tłumaczy.
"Nie jestem bardzo ciekawy, jak na nowo zrobiona jest "Lalka". Nie jestem również ciekawy, jak na nowo są zrobieni "Sami swoi". Ta nowa wersja przecież nie dogania starej. Ale jeśli chodzi o cyfry oglądalności, to pobiło wszystko. Reminiscencja. Granie na sentymentach. Na tym to głównie polega" – kwituje.