Kiedy byłam małą dziewczynką, mój tato , zaczął wyjeżdżać na kontrakty za granicę. Dzięki jego ciężkej pracy i poświeceniu niczego w życiu nam nie brakowało, a ja opływałam w zachodnie zabawki, których w postkomunistycznej Polsce było jak na lekarstwo. Tato przywoził wypłaty w markach czy dolarach, ale nie było tanich linii lotniczych i otwartych granic. Przyjeżdżał do domu raz na rok lub przy dobrych wiatrach, co pół roku. Bardzo go nam brakowało, ale zawsze jednak był na Święta w domu. Pukał do drzwi zazwyczaj w nocy, stawał w futrynie z żółto- niebieską torbą na ramieniu, po czym zasiadał w kuchni na taborecie, aby snuć opowieści o zachodzie, a my słuchaliśmy go z wypiekami na twarzach. Następnego dnia wypakowywał bombki i sprawdzał światełka- każde po kolei w poszukiwaniu tej jednej, spalonej żarówki. Ja, siedziałam obok i kręciłam druciki na cukierki, aby móc później zawiesić je na choince.Jednego roku, tato będąc w ZEA nie dostał pozwolenia na powrót do domu. Dostaliśmy paczki oraz świąteczną, grającą kartkę, której szczegóły pamiętam do dziś. Tato kupił mi podświetlaną toaletkę wraz z lalką Barbie.Nadszedł dzień Wigilii, a ja wierzyłam, że tato jednak do nas przyjedzie. Co chwila podchodziłam do okna i patrzyłam przez nie, wypatrując jakiś szczegółów, zwiastujących jego przyjazd do domu. Kiedy przyszedł wieczór, coraz częściej siedziałam przy parapecie, ale słyszałam tylko charakterystyczny odgłos jadącego tramwaju który kończył swój kurs na moim osiedlu. Płakałam kiedy nikt nie widział i do ostatniej chwili wierzyłam, że tato zrobi nam niespodziankę...Nie cieszyłam się z zabawek, grającej kartki i zagranicznych słodyczy. Już wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam nic ważniejszego, niż obecność drugiej osoby... Zabawki przestały mnie interesować.