Kiedy myślę "dom", to są rodzice, to był też mąż. Kiedy go zabrakło, tego "domu", przez pierwszych parę tygodni byłam przerażona. Płakałam, po raz pierwszy w życiu. Nie jestem płaczliwa. Nasze rozstanie było rozciągnięte w czasie. Po drodze okazywało się, że chcemy żyć innym życiem, mieszkać w innych miejscach, ale nadal się lubiliśmy. Ostatecznie uznaliśmy, że aby mogło to dalej funkcjonować, to albo on musiałby z wielu rzeczy zrezygnować, albo ja. I doszliśmy do wniosku, że albo ja bym mu tego nie wybaczyła albo on mnie. Tak się nie da żyć, więc nie był to dramat, szok, przygotowywaliśmy się do tego przez wiele miesięcy.Ale potem siedziałam sobie w Paryżu i pomyślałam: Zaraz, to ja teraz mogę robić, co chcę! Mogę spakować walizki i pojechać na drugi koniec świata. I nikomu nie muszę się tłumaczyć. Nie muszę za nikim tęsknić i nikt za mną nie będzie tęsknił. To było takie uwalniające. Mężczyźni zachowują wobec mnie dystans, nie tylko chyba z powodu urody, bo Anja na zdjęciach wygląda dużo lepiej niż ja, ale też sporej dawki męskiej energii, którą mam. Często słyszę, że jestem "za mocna". I mam też wrażenie, że przeraża ich moja niezależność. Choć niektórym się to bardzo podoba, więc ma miejsce naturalna, szybka selekcja.